O autorze
Magdalena Jarzębowska, zawodowo - psycholog, specjalista psychodietetyki, certyfikowany trener warsztatów psychologicznych. Na co dzień pracuje z osobami otyłymi nad zmianą nawyków ( nie tylko żywieniowych). Propagatorka holistycznego patrzenia na problem zbędnych kilogramów, przeciwniczka wszelkich diet odchudzających, które kaleczą ciało i duszę. Autorka wielu publikacji na temat nadwagi i otyłości u dorosłych i dzieci, a także książki, dla wiecznie odchudzających się kobiet pt. Krótka bajka o odchudzaniu z happy Endem oraz współautorka książki dla dzieci "Kuchnia pełna przygód, czyli na tropie tajników dobrego odżywiania".
Autorka i terpautka w Psychodietetycznym Programie www.zmienswojenawyki.pl
Prywatnie – wiecznie poszukująca wyzwań idealistka, żona, mama Gabrieli i Bogumiła, którzy są inspiracją do ciągłego rozwoju.

Warzywa - tfu, ble....

- Dziś na obiad będzie fasolka szparagowa - zakomunikowałam w niedzielę wszystkim domownikom - Tfu....nie lubię fasolki - powiedziała Gabrysia - Ble...nie lubię - powtórzył ( jak zwykle po Gabrysi) - młodszy brat


Moje dzieci zawsze, w ten sam sposób reagują na warzywa, kiedy zaskoczone zobaczą je na talerzu - automatycznie wydają z siebie znajome dzwięki ( tfu, ble itd).
- Mamo, możesz się nauczyć, że nie lubię brokuła -nie raz poczucza mnie córka
- Ja też nie lubię - dodaje syn
Oczywiście wiem o tym doskonale, ale nie ustaję w trudzie oswajania ich z brutalną rzeczywistością, że warzywo musi być do każdego posiłku - i już.
- Nie chcesz, nie zjesz - mówię, jak z automatu
- OK, nie zjem - mówi Gabrysia
- Ja też -dodaje Boguś.
Kiedy on w końcu przestanie bezmyślnie powtarzać wszystko po starszej siostrze. Może powinnam posadzić ich, przy posiłku w oddzielnych pomieszczeniach. Ciekawe, jak wtedy by się zachował.
Często z nostalgią wspominam czasy, kiedy Gabrysia, na przekąskę między posiłkami zjadała ze smakiem seler naciowy. A Boguś zajadał się kaszą jaglaną z cukinią, wyciągając ręce po dokładkę. Co się stało, że w tak krótkim czasie, ich preferencje smakowe, tak bardzo się zmieniły.
Wszystko zaczęło się od Gabrysi i jej narzekania na moją kuchnię.
Pierwszy niepokojący sygnał, że coś jest nie tak, dotarł do mnie dwa lata temu na urodzinach Natalki ( córki koleżanki). Jak przystało na wykwintne urodzinowe przyjęcie - stół uginał się od różnych potraw. Uwagę Gabrysi przykuły szczególnie dwie- frytki i pizza, do których z radością podeszła i powiedziała uradowana:
- W końcu coś normalnego do jedzenia.
Zamarłam.
- Zaczęło się - pomyślałam, teraz bedzie już tylko gorzej
I oczywiście moja przepowiednia się sprawdziła. Dowód słuszności społecznej - wszyscy to jedzą - był głównym argumentem mojego dziecka w dokonywaniu wyborów jedzeniowych. I tak,od amatorki świeżych warzyw zrobiła się smakoszką frytek i grillowanego kurczaka.
Teraz każdy posiłek, który przygotuję poddawany jest rutynowej krytyce;
- W przedszkolu jest lepsze jedzenie,
albo w bardziej wyrafinowany sposób,
- Babcia robi smaczniejsze
- A ja robię zdrowsze - odpowiadam z ukrywaną złością
- Wiem, wiem - zawsze ta sama odpowiedź, na to samo stwierdzenie.
- Ale i tak tego nie lubię.
Trudno - myślę sobie, kiedyś polubi. Nie uginam się, nie chce - niech nie je, kiedyś się przekona.
No i właśnie w tą niedziele, coś się zmieniło.
Po rutynowej wymianie zdań, kilku tfu i ble, Gabrysia nagle zaproponowała.
- Pomogę Ci obrać tę fasolkę, mogę?
- No jasne - mało się nie zakrztusiłam
- Ja też chce pomóc - Boguś stał już za moimi plecami
- Ty jesteś jeszcze za mały, a nóż jest ostry - powiedziała z satysfakcją starsza siostra
- Ale możesz podawać Gabrysi fasolki - szybko dodałam
- Chce podawać fasolki - powtórzył malec
- A będziecie ją z nami ( czyli z mamą i tatą) jedli ? - zapytałam nieśmiało
Boguś popatrzył na Gabrysię, a ona powiedziała
- Jasne...., że nie. Przecież nie lubimy fasolki prawda Boguś?
- Nie lubimy....
Nie zrażona deklaracjami moich dzieci, jak zwykle na talerzu położyłam wszystko, co przygotowałam. Obiad, jak na upalny, wakacyjny dzień przystało prosty i lekki: ziemniaki ( lord - nasze ulubione), zielona fasolka ( lekko skropiona cytryną), jajko sadzone oraz kefir ( dla wszystkich opórcz małego alergika).
I stała się rzecz zdumiewająca Boguś popatrzył na danie, uśmiechnął się do siebie i jak gdyby nigdy nic ( to znaczy, jakby robił to zawsze) zaczął jeść.
- Boguś pomagał obierać fasolkę - powiedział do męża
- Ja też pomagałam - szybko dodała Gabrysia, patrząc w osłupieniu na brata, gdy ten jeden po drugim, wkładał do buzi strączki fasolki.
Ziemniaki, fasolka, jajko - wszystko znikało w równym tempie, z talerza mojego syna. Widząc to Gabrysia, niby przypadkiem włożyła do ust fasolkę, przełknęla i....sięgnęła po następną i następną.
Za kilka chwil, po obiedzie nie było śladu.
Wszyscy patrzyliśmy na siebie, ale nikt się nie odzywał. Ciszę przerwał tata mówiąc;
- No to zasłużyliśmy na deser.
I to mógłby być koniec tej historii, z dopiskiem i odtąd jedli wszystko, co im podałam - z radością.
Niestety już dnia następnego rano usłyszałam znajome tfu i ble.
Jednak nie martwi mnie ono, tak jak dotychczas, bo wiem, że jest tylko kwestią czasu, kiedy ponownie okaże się, że to co leży na talerzu da się zjeść.



ps. To był ważny dzień, również z innego powodu, młodszy brat stał się dobrym wzorem dla starszej siostry. Myślę, że to zauważył i był bardzo dumny. Oby tak częściej.

Nieustannie na wsparcie czeka nasza książeczka : Kuchnia pełna przygód : https://polakpotrafi.pl/projekt/kuchnia-pelna-przygod?utm_source=projects
Trwa ładowanie komentarzy...